Majówkowy czas – 2-Koła na Słowenii

Majówkę czas zacząć

Majówkowy czas w tym roku nie rozpieściła nas pogodą i niech podniesie rękę ten, kto nie przeglądał prognoz
 i od tego nie uzależniał planów. Nie byłem wyjątkiem w tej kwestii. Tak się ułożył mój czas, że na majówkę miałem trochę wolnego, kompletny brak planów, zatem mogłem pokombinować.

Od jakiegoś czasu, zainspirowany kalendarzem na 2019r., który wisi w pracy, oraz górskimi etapami Tour de France, które od zawsze uwielbiałem oglądać, zacząłem myśleć o wyjeździe rowerowym, gdzie celem byłyby alpejskie przełęcze. Połączenie aktywności rowerowej i uwielbienia górskich widoków wydaje mi się być po prostu idealne.

Zatem po długim i trudnym procesie decyzyjnym padło na… Słowenię (nie pytajcie, dlaczego, bo z tego zrobiłbym kolejną opowieść(!). Rzut monetą wskazał w Słowenii na Kranjską Gorę, znaną mi jeszcze z oglądania pucharu świata w narciarstwie alpejskim.

Przed samym wyjazdem nic nie wiedziałem o Słowenii. Spędzone kilka chwil w sieci i przeglądanie map utwierdziło mnie jednak w przekonaniu, że w wybranej miejscówce można zrobić piękną pętlę o długości ok.85-90km z ciekawymi podjazdami. Pętlę gdzie  wspiąć się mogę na wysokość ponad 1600m n.p.m. Nie są to może przełęcze jak Stelvio czy Fedaia we Włoszech, lecz od czegoś trzeba zacząć. Jeszcze szybka weryfikacja pogody, która dała szansę na dwudniowe „okienko pogodowe” i przypieczętowała decyzję. Jadę!

Wybór – Słowenia

Wyjechałem na luzie rano i po 7 godzinach jazdy byłem na miejscu. Kolokwialnie pisząc, „kopara mi opadła” już na wstępie. Widoki, których nawet po oglądaniu zdjęć w sieci mogłem się spodziewać, przeszły moje oczekiwania. 

Znalezienie noclegu nie stanowiło problemu. Dogadanie się po angielsku tym bardziej. Znalezienie odpowiedniej trasy było prościutkie. Pytając przemiłego człowieka, od którego wynajmowałem pokój, gdzie można by pojechać na rowerze szosowym usłyszałem, że najlepiej jedź tam, gdzie wszyscy na rowerach, czyli na przełęcz Vršič. Tym samym dowiedziałem się, że trasa wybrana przeze mnie jest tą odpowiednią, a przy okazji odrobinę kultową. Chwilę później spacerując po uliczkach Kranskiej Gory, przez przypadek zobaczyłem tablicę obrazującą podjazd na Vršič. 50 zakrętów uświadomiło mi, iż następnego dnia czeka mnie piękna męczarnia pod górę! Dla fanów Zwifta zdjęcie tej tablicy, z numerowanymi zakrętami, będzie bardzo wymowny i skojarzą na pewno z Alp de Zwift!

Czelendż czas zacząć

Rano pogoda bajkowa, zatem uzbrojony w krem z wysokim filtrem, plecak z jedzeniem i zimowymi(!) ubraniami ruszam. Nie śmiejcie się z tych zimowych ubrań, bardzo się przydały na samej górze! 

Podjazd to marzenie dla szosowców, dobry asfalt, wąskie drogi, bardzo mało samochodów, no, i widoki, które dodają jeszcze kilku uderzeń serca, pomimo i tak już szybkiego oddechu. 

Podjazd początkowo jest komfortowy, na rozgrzewkę idealny. Od pierwszego numerowanego zakrętu, których jest do szczytu 24, na wysokości 911m n.p.m. jednak pierwsze zdziwienie! Bruk na zakręcie?! O co chodzi, czy tak będzie na samą górę? Jednak nie! Jak się okazało później, od strony Kranjskiej Gory na Vršič każdy numerowany zakręt (tych nie numerowanych jest pewnie jeszcze z setka) jest brukowany, a dalej już tylko dobry i bardzo dobry asfalt. 

Podjazd od Kranjskiej Gory to ok.12km, na samych numerowanych zakrętach pokonujecie różnicę wzniesień 700m, co w sumie da pewnie i tak ok.850-900m. O widokach w trakcie tego podjazdu postaram się nie pisać, bo mogłoby się skończyć tylko na tym! 

Czy podjazd jest trudny? Według mnie jest. Lecz da się podjechać na raty. Da się pewnie podjechać i na raz, i zrobić piękny trening na podjeździe, lecz jak wtedy robić zdjęcia i zachwycać się pejzażami?

Na samej górze, 1611m n.p.m., znajdziecie duży parking i jakieś 200m od przełęczy przyjemną chatkę, z której rozciąga się kolejny piękny widok na dolinę, która tym razem jest celem zjazdu.

 
Tutaj o tych zimowych ciuchach odrobinę, skoro dotarliśmy na szczyt. Na dole słońce grzało i było bardzo ciepło, lecz na samej górze wiatr, dużo niższa temperatura i perspektywa długiego zjazdu w kierunku do miejscowości Trenta, a i docelowo Bovec, wywołały u mnie szeroki uśmiech podziękowania sobie, że zabrałem zimowe rękawiczki, zimową bluzę i jeszcze kamizelkę (oj, przydały się bardzo!).

Zjazd to istna bajka! Długi z idealnym asfaltem, bez bruku na zakrętach. Numerowane zakręty kończą się w miejscowości Trenta na liczbie 50, lecz dalej w kierunku na Bovec to praktycznie ciągła, bardzo przyjemna jazda w dół, delikatnie nachyloną bardzo dobrą drogą. Szosa wije się doliną pomiędzy szczytami, która to do miejscowości Bovec rozszerza się na szerokie łąki z tysiącami świerszczy, które w tym czasie dawały koncert. 

Dojeżdżając do Bovec, zgodnie z planem skręciłem w kierunku na Tarvisio, gdzie czekała mnie kolejna wspinaczka. Początkowo i długo bardzo łagodna, lecz w końcowej fazie mocno wymagająca. Cały czas asfalty świetne, a widoki kosmiczne. Podczas wspinaczki mijałem malutkie miejscowości, w których bez problemu (pomimo święta w Słowenii – dwudniowe Święto Pracy), można było zjeść smaczny obiad i napić się dobrej kawy. 

Chwila filozofii

I tutaj mała dygresja. Jestem ciekawy czy też tak macie, że jedziecie pod górę i zastanawiacie się, gdzie u licha, pomiędzy tymi wysokimi górami, znajdzie się miejsce, przełęcz, do której zmierzacie, aby znaleźć się po drugiej stronie tych niebywale pięknych, strzelistych szczytów.

Włochy też odchaczone

Wspinaczka tym razem kończy się nieco powyżej 1100 m n.p.m. Na granicy praktycznie nic nie ma, więc śmiało udałem się w dół. Asfalt we Włoszech jest gorszy niż po słoweńskiej stronie, zatem tutaj potrzebna była większa czujność. Zaskakującym było napotkanie na zjeździe tunelu, całe szczęście krótkiego(!), który był kompletnie nieoświetlony! Po włoskiej stronie, jadąc ciągle w dół, dojechałem do Tarvisio, skąd do Kranjskiej Gory było już tylko ok.17km. Odległość tę można pokonać tak, jak jechałem, czyli dość ruchliwą drogą lub ścieżką rowerową, która mignęła mi gdzieś na zjazdach po włoskiej stronie, a na którą wjechałem dopiero w Słowenii, przekraczając ponownie granicę pomiędzy Słowenią i Włochami.

Kulając się powoli pięknym asfaltem ścieżki rowerowej, dojechałem do Kranskiej Gory, gdzie pod wynajmowanym pokojem Strava wskazała 96km i w pionie ponad 2km. W tych 96km zawierała się początkowa rozgrzewka, która zabrała jakieś 7-10km, zatem pętla, którą opisałem to ok. 85km.

Czy warto było?

Podsumowując. Wzdycham, ponieważ miejsce przepiękne, z wieloma opcjami na szosę. Wybór szeroki, a wszystko dostępne w zasięgu obrotu korbą. Od długich podjazdów, bo przecież nawet opisaną trasę można zrobić w odwrotnym kierunku i wtedy od miejscowości Bovec na Vršič jest baaaardzooo długi podjazd.

Są również opcje na dłuższe trasy wokół Triglavu. Jest jezioro Bled na odrobinę krótszy wyjazd. Są też oczywiście opcje hardcore. Choćby krótki podjazd od strony Austrii, od Villach na Kranską Gorę, podjazd ok.6 km z 18% podjazdami – samochodem na drugim biegu(!). Pętlę, którą opisałem, można wydłużyć o ten właśnie podjazd, jadąc od Tarvisio na Villach i na Kranjską Gorę, co da już ok.120-kilometrową trasę. Opcji jest na cały tydzień, więc Tour de Slovenia, Tour de Triglav, czy jakkolwiek sobie to określimy, jest bardzo wiele.

Podsumowywać i zachwycać się tak, mógłbym jeszcze długo, bo miejscówka na szosę cudowna. Po prostu jak będziecie mieli okazję i czas, jedźcie! Jest przepięknie!

2-Koła Michał